# 6
Nie miałam siły pisać wczoraj, ale poprzedni dzień był jednym z tych, których życzyłabym sobie jak najwięcej.
Nie mamy dla siebie zbyt wiele czasu - spotkania po zajęciach K. późnymi wieczorami wyglądają tak, że oboje nie mamy już na nic siły, więc siedzimy w domu. Zostają weekendy - oczywiście nie całe, bo K. się uczy, więc wieczorem jakieś kino, albo siedzienie przed telewizorem. W takiej sytuacji naprawdę można docenić cały dzień spędzony razem.
Jak co tydzień - o 7 rano basen, K. ledwo żywy. A mi aż głupio, bo widzę że najchętniej poszedłby spać, a ja w wodzie dostaje eneretycznego kopa. Potem ja - do pracy, on do domu. Spędzam kilka godzin na stacji, nie mam zupełnie nic do zrobienia oprócz wysłuchiwania głupiego M., więc zawożę K. na polibudę, potem jedziemy do biura na herbatę, zachaczamy o kino, żeby kupić bilety na niedzielę i Kriczr zabiera mnie na obiad do Mexico Baru. Jedzenie przepyszne, zajadamy się tortillą, a potem z wielkimi brzuchami próbujemy się w miarę szybko przemieszczać w kierunku parkingu, bo pogoda nieoczekiwanie zmienia się z upalnej na "przed-burzową".
Lubię być gdzieś zabierana, zapraszana, kto nie lubi. Rzecz w tym, że będąc z kimś długo, ludzie zapominają, jak to było, kiedy jeszcze wszystko stało pod znakiem zapytania. Tak jakby zapraszanie tej drugiej osoby do kina czy na kolację było dozwolone tylko do trzeciej randki, a potem można już odpuścić, bo przecież już nie musimy stosować tych wszystkich gierek i podchodów. Cieszę się, że oboje wiemy, że to bzdura.
Zupełnie wykończeni i przejedzeni wracamy do mnie, zalegamy na łóżku nieżywi. Kitu, ale odpocznijmy najpierw...
Yhm, jasne... W chwilę potem kochamy się raz, potem drugi, szepczemy sobie Kocham i oboje wiemy, że takiego dnia od bardzo dawna nam brakowało.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz